Rewolucja rumuńska, która zabiła 1104 osoby.

Dzisiaj opowiem o innej rewolucji niż ta, która toczy się na naszych ulicach. A miała ona miejsce ponad 31 lat temu, i zakończyła niemal czterdziestoletni reżim w ciągu dziewięciu dni.

Jeżeli wasi rodzice opowiadali wam o czasach PRLu, i wspominali kolejki do sklepów, pałowanie demonstrantów i kupowanie jeansów wyłącznie w Peweksach za dolary, to powiem wam, że Polska w porównaniu do innych krajów socjalistycznych nie miała aż tak źle.

Rumunia, nawet dzisiaj, nie jest szczególnie bogatym państwem, a trzydzieści lat temu tym bardziej nim nie była. Była jedną z najbardziej zamkniętych republik bloku wschodniego, a w dodatku w latach osiemdziesiątych nieudolne próby reform doprowadziły ją do kryzysu ekonomicznego. Rumunią dowodził wówczas Nicolae Ceaușescu – prezydent, który rządził tym krajem nieprzerwanie od 1967 roku, który nie dość, że był fanem mocno kontrowersyjnych inwestycji, to jeszcze wpadł na pomysł, że w celu spłacenia pożyczek zaciągniętych przez rząd, należy wdrożyć program mocnego zaciskania pasa. Osobami, które nie wyrażały zadowolenia z pomysłów prezydenta, zajmowało się Securitate – bardziej patologiczny odpowiednik naszej SB.

W połowie lat osiemdziesiątych zaostrzono zakaz aborcji, któremu mogły odtąd poddawać się wyłącznie kobiety po 45 roku życia. Według Ceaușescu, każda rumuńska kobieta do tego wieku powinna była urodzić co najmniej piątkę dzieci. Za dokonanie nielegalnej aborcji, w Rumunii groziło od 6 miesięcy do 2 lat pozbawienia wolności, lekarzowi do 12 lat, a w trakcie jego rządów szacuje się, że co najmniej 11 tysięcy rumuńskich kobiet straciło życie w wyniku domowych prób aborcji. Mimo, że rejestrację noworodków przeprowadzano dopiero 15 dnia po narodzinach, śmiertelność niemowląt wynosiła 29 na 1000 urodzeń. W przepełnionych sierocińcach brakowało żywności, lekarstw, pielęgniarki nie wypełniały swoich obowiązków, a brytyjska dziennikarka, która odwiedziła Rumunię w 1990 roku wykonała zdjęcia, które obiegły wówczas świat: kilkuletnie dzieci, zamknięte w piwnicach, które nigdy nie widziały światła dziennego.

Jest rok 1989, na Węgrzech, w Polsce i Czechosłowacji załamuje się system komunistyczny, tymczasem w Rumunii nic nie wskazuje na to, że ma dojść do podobnych scen. Opozycja praktycznie nie istniała, chyba że wliczymy byłych członków Rumuńskiej Partii Komunistycznej, a do zmian nie przekonał go nawet sam Michaił Gorbaczow, który usilnie próbował przekazać Nicolae, że to wszystko prędzej czy później pieprznie. Ceaușescu odmówił, a nawet napisał list do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w którym zaproponował wsparcie wojskowe w celu utrzymania w naszym kraju jedynie słusznego ustroju, gdyby zaszła taka potrzeba.

15 grudnia 1989 roku w miejscowości Timisoara wybuchł protest z dość błahego powodu – władze komunistyczne chciały karnie przenieść ewangelickiego pastora, Laszlo Tokesa do innej parafii, za krytykę zgadnijcie kogo. Aby nie dopuścić do tego, pod parafią zebrała się niewielka grupa wiernych, aby powstrzymać eksmisję, a burmistrz Timisoary zapewnił, że nazajutrz poprawi sytuację pastora Tokesa.

16 grudnia, jak można się było domyślić, nic się nie zmieniło, poza tym, że grupka parafian znacząco się rozrosła i zaczęła skandować antyrządowe hasła. Tutaj do akcji wkroczyło Securitate, rozpędziło tłum gumowymi kulami, po czym do wieczora wszystkich aresztowało.

17 grudnia Ceaușescu wkurzył się na swoich ministrów, że dopuścili do całej sytuacji. Tego samego dnia miała miejsce demonstracja przeciw niemu, w której od broni zginęło ponad 60 osób. Dwa dni później ogłoszono strajk.

18 grudnia prezydent jak gdyby nigdy nic, wyjechał do Iranu z przyjacielską wizytą i dwa dni później wrócił do kraju, by spostrzec, że sprawy idą w złym dla niego kierunku, bo część fabryk stoi, a żołnierze niespecjalnie chcą walczyć. Wygłosił przemówienie w rumuńskiej telewizji, w którym brzydko nazwał demonstrantów i poszedł spać.

21 grudnia prezydent wyszedł na balkon Komitetu Centralnego, by przemówić do ponad stutysięcznego tłumu. Wtedy zdarzyło się coś niespodziewanego – po raz pierwszy usłyszał gwizdy i buczenia. Zaniepokojony, zbity z tropu odburknął tylko „To prowokacja”, po czym gwiżdżących zagłuszyli zwolennicy Ceaușescu. Prezydentowi polepszył się humor, zaczął obiecywać ludziom podwyżkę płacy minimalnej, emerytur i dodatki na dzieci (hmm…), co jednak nie przekonało zgromadzonych. Nicolae szybko spakował się, i ledwo uciekł śmigłowcem, bo wkurzonemu tłumowi udało się wedrzeć do budynku komitetu.

W Bukareszcie wybuchło powstanie. Pod budynkiem Hotelu Intercontinental i uniwersytetem studenci, licealiści, ale też zwykli mieszkańcy zaczęli budować barykady i skandować „Precz z Ceaușescu, śmierć dyktatorowi, precz z komunizmem”. Manifestantów bito gumowymi pałkami, strzelano do nich, a walki toczyły się do trzeciej nad ranem.

22 grudnia samobójstwo popełnił Vasile Milea, minister obrony. Ceaușescu powołał na jego miejsce obecnego szefa Securitate, jednak ten kazał żołnierzom wrócić do swych kwater. Po godzinie 10 prezydent wraz z żoną opuścił stolicę, która zamieniła się w pole walki. Pilot helikoptera zamiast w docelowej miejscowości wysadził parę prezydencką kilkanaście kilometrów wcześniej, twierdząc że dostał taki rozkaz od wojska. Ostatnie kilometry do miejscowości Târgoviște Ceaușescu przejechał samochodem, następnie zabłądził w industrialnej dzielnicy miasta, i wciąż sądząc, że jest znanym i lubianym politykiem, wkroczył do miejscowej huty stali. Napotkany tam inżynier zadzwonił na policję, a ta zawiadomiła wojsko. Para prezydencka została aresztowana.

25 grudnia Ceaușescu wraz z żoną zostali osądzeni przez trybunał wojskowy i skazani na rozstrzelanie. Wyrok wykonano tego samego dnia, a dwa dni później, bez cenzury, pojawił on się na pierwszym kanale rumuńskiej telewizji, równo cztery dni po transmisji jego średnio udanego wiecu poparcia.

Podczas całej rewolucji w Rumunii zginęły 1104 osoby. 

Źródło https://histmag.org/Nicolae-Ceausescu-proces-i-egzekucja-rumunskiego-dyktatora-19171/